Jeszcze 10 lat temu 2 maja był dla mnie zupełnie zwyczajnym dniem. Jednak obecnie to dla mnie jeden z ważniejszych dni w roku. Ważny jest nie z powodu rekonstrukcji, wielkich patriotyczno partyjnych obchodów, słów i gestów.
Ważny ponieważ w tym dniu moje myśli są przy Wilhelmie, Walterze, Richardzie i im podobnych żołnierzach. Młodych ludziach, przed którymi życie stało otworem, a ofensywa gorlicka to życie im odebrała.
2 maja w Staszkówce, w tej niewielkiej miejscowości, naznaczonej monumentalną nekropolią na wzgórzu Patria i trzema innymi cmentarzami, dla mnie najgłośniej wybrzmiewa list pożegnalny Walentego Biolika pochowanego na cmentarzu w Staszkówce Dawidówce. List, który za każdym razem gdy go czytam wzbudza we mnie tyle emocji, że nie jestem w stanie go zapamiętać, tak samo jak nie jestem w stanie przeczytać go nawet w myślach bez emocji, smutku i łez.
W tym roku 2 maja był jednak zupełnie wyjątkowy i o tym będzie to wpis.
Rodzina i znajomi wiedzą doskonale, że obecnie cały mój wolny czas poświęcam cmentarzom. Czytam, szukam, analizuję, chcę wiedzieć więcej i więcej, a równocześnie boli mnie gdy widzę je zaniedbane lub zwyczajnie zdewastowane. Nie jestem politykiem, nie uczestniczę w żadnych wielkich obchodach, uroczystościach itp. wydarzeniach. Gdy inni świętują hucznie, ja wolę z grupą znajomych, a czasem potrzebuje wręcz samotnie być wtedy wśród poległych i sprawić, że kolejny dzień, miesiąc czy rok nie znikną ślady ich grobów, a tym samym utrwali się choć cząstka pamięci o nich. Chciałem w tym roku oprócz pracy na cmentarzu oddać cześć poległym pokazując ludzką stronę nekropolii, poprzez losy żołnierzy pokazać, że na cmentarzach nie spoczywają Prusacy, Austriacy, Polacy, Węgrzy, Rosjanie, tam spoczywają LUDZIE nie narodowości. O tym co zamierzam wiedziało tylko kilka osób, ale chyba nikomu nie powiedziałem jak wyobrażam sobie to w całości, zależało mi ogromnie by dla wszystkich był to wieczór pełen emocji i refleksji. Mam nadzieję, że mi się to udało, jednak nie mnie to oceniać. Ale chcę powiedzieć, że ten dzień był dla mnie pełen “okruchów”, które we mnie zbierały się od rana i jeszcze długo po powrocie do domu nie pozwoliły zasnąć, te okruchy to emocje i wzruszenia, to obrazy utrwalone w pamięci, które zostaną ze mną na zawsze.
Czy można zapomnieć, że ktoś kto wyrusza na kilkudniową pieszą wyprawę śladami cmentarzy tak ją rozplanuje by drugiego maja obudzić się o poranku przy cmentarzu w Dawidówce i wraz ze mną pracować na cmentarzu?
Czy można zapomnieć, że zupełnie obcy mi ludzie przyjdą i będa pracować ze mną bo to co robię jest dla nich motywacją by mi pomóc?
Czy można zapomnieć, że ktoś zabiera ze sobą synów by pokazać im te niezwykłe miejsca w Staszkówce i równocześnie pokazać mi efekty ich pracy i pasji?
Nie da się zapomnieć widoku łąki pełnej aut o zmroku i ludzi idących na cmentarz z dziećmi bo usłyszeli, że ktoś będzie snuć opowieść o tej nekropolii.
Nie potrafię zapomnieć widoku człowieka, który kilka godzin wcześniej z kartką szukał w Dawidówce swoich – Ślązaków – a który po krótkiej rozmowie zdecydował się przyjść wieczorem i wychodząc o zmroku nie żałował swojej obecności w tym miejscu.
Nie da się też zapomnieć, gdy osoba, z którą cała ta pasja się zaczęła przywozi mi grafikę, której motywem jest wykonane przeze mnie zdjęcie mojego ukochanego cmentarza.
Nie umiem zapomnieć chwili, gdy opowiadając o czterech oficerach pochowanych w Dawidówce uświadomiłem sobie, że ktoś zapalił i pod ich pomnikiem znicz. Czemu to takie ważne? Ponieważ wcześniej zapaliłem pojedyncze światełka tylko na grobach trzech żołnierzy, o których wspominaliśmy tego wieczora, a o podkreśleniu tej mogiły zwyczajnie zapomniałem. Nie wiem kto to światło tam umieścił, ale dziękuję za nie ogromnie, dla mnie było ono niezwykle ważne.
Najbardziej z tego dnia nie jestem w stanie zapomnieć dwóch wydarzeń.
Agnieszka, która przywiozła mi grafikę powiedziała, że ma prośbę, bym porozmawiał z małżeństwem, które przyjechało do Staszkówki, bo szuka informacji o swoim krewnym i chciało prosić o pomoc. Nie umiem oddać w słowach jakie to jest uczucie, gdy ktoś widzi w tobie szansę na odnalezienie choć szczątków informacji o swoim przodku po ponad 100 latach od jego śmierci. Na szczęście w takiej sytuacji mogę poprosić Magdę o pomoc, bez odbierania nadziei szukającym.
Tuż po zakończeniu prelekcji, gdy po przeczytaniu listu Walentego Biolika nie potrafiłem w sobie wyciszyć emocji zauważyłem dwie osoby stojące w półmroku patrzące się w moją stronę i ewidentnie czekające na możliwość zamienienia ze mną kilku słów. Ci państwo stali spokojnie czekając, aż pożegnam się ze znajomymi, nie szukali atencji, po prostu stali w tej ciemności i czekali. Gdy podeszli do mnie waliło mi serce z przejęcia. Przemknęła mi przez myśl, że pewnie ktoś szuka swoich krewnych, a ja znów nie będę w stanie pomóc. Intuicja niestety mnie nie zawiodła, tak to kolejna rodzina szukająca szansy na informację, rodzina która przeszukiwała już wszystkie dostępne archiwa. Porozmawialiśmy chwilę, wyjaśniłem dlaczego nie potrafię im pomóc. Jednak powiedzieli mi coś co mnie przeszyło.
My też mamy list pożegnalny tego żołnierza.
Poprosiłem by i oni porozmawiali z Magdą, wiedząc jednak, że szanse znalezienia krewnego są niesłychanie nikłe, skoro nawet wiedeńskie archiwum nie było w stanie udzielić żadnych informacji.
Dziś Magda napisała mi wiadomość:
Mam list pożegnalny żołnierza
Moje serce stanęło na chwilę.
Jeśli rodzina wyrazi zgodę na publikację tego listu to oczywiście go upublicznimy, ale dla mnie to kolejny dowód i znak, że dbając o mogiły tych znanych równocześnie dbamy o pamięć o tych, których nazwiska nie zostały wyryte na żadnym cmentarzu.
*autorem zdjęcia jest Robert Skowron